Pot krew i łzy

Pot, krew i łzy – tak w skrócie mogę opisać mój start w DFBG 2021

Od samego początku jadąc na DFBG chciałem dać z siebie wszystko. Cele były trzy: poprawić czas z zeszłego roku, być w pierwszej 40 osób na mecie oraz złamać barierę 2h na dystansie Złotego Półmaratonu. Z tych celów udało się zrealizować 2 oraz… no właśnie.

Jest piątek, godzina 6 rano, zbiórka ekipy Sklepu Biegacza na Warszawskim Powiślu skąd wyruszamy dwoma autami na Dolny Śląsk. Nie zatrzymując się nigdzie po 6 godzinach podróży docieramy do Lądka Zdrój, gdzie od 9 lat odbywa się Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich. Myślę, a nawet jestem przekonany, że jest to najlepsza tego typu impreza w Polsce. Ma swój niepowtarzalny klimat. Tu czas przestaje mieć znaczenie. 

Piątkowe popołudnie to odbiór pakietu startowego, a później wspólna pizza z ekipą. Samo expo jest raczej malutkie, ale bardzo klimatyczne. Czuć, że wszyscy biegacze są jednością. Po pizzy ruszamy na kwaterę. Tym razem nasz punkt zero był w Gierałtowie Starym, a dokładnie w skansenie przerobionym na noclegi. „Eskapada” to fantastyczne miejsce z grillem, potokiem i kawałkiem historii, z dala od zgiełku i szumu ludzi. Link będzie na końcu tekstu.

Sobotni Poranek 

Budzik dzwoni o 6 rano, bo na 8 musimy być w Lądku, gdzie cała ekipa ma mieć zrobioną sesję zdjęciową w miasteczku. Później toaleta, rozgrzewka, znów toaleta i powoli można szykować się na start. W głowie cały czas mam tylko jeden cel, a w zasadzie trzy. Ciężko mi jako biegaczowi asfaltowemu określać czas i tempo na poszczególne odcinki trasy. Jednak wiedząc jaki jest początkowy profil trasy, nie można się zajechać na pierwszych kilometrach, bo później będzie tylko zgon i umieranie w połowie trasy. 

Start 

Sygnał startera i ogień, choć na samym początku to truchcik, a nie ogień. Chyba, że uznamy to za lekkie rozpalenie kopytek do większego ognia. Pierwsze 2 km to ściana i bardziej marsz przez krzaki i korzenie niż jakikolwiek bieg. Później kamienna przełęcz, a dopiero po niej odrobina prostej. Dobrze, że nie padało jak w zeszłym roku, bo to naprawdę obniża motywację do walki na trasie. Dało to też możliwość sprawdzenia się w innych warunkach. Na dystansie 3 km dogania mnie Michał z Ekipy z Powiśla, z którym do 10 km tworzymy fantastyczny duet prędkości i pełnego wsparcia dla nas obu. Choć po trzecim czy czwartym Michała powtórzeniu „Wariat woda, napij się” miałem ochotę go albo tam zostawić albo zepchnąć w przełęcz. Już wiem jak się czuł Shrek z osłem („to daleko jeszcze czy nie”).

Wracamy na trasę – do 10 km i pierwszego punktu kontrolnego to walka ze wzniesieniami, nogami i prędkością, bo uwierzcie mi, że po paru kilometrach pod górę naprawdę można tak pospinać mięśnie, że później to już jest jeden wielki klops. No dobra dobiegamy z Michałem na punkt kontrolny. Ja przebiegam przez matę pomiarową, a Michał mi gdzieś znika i tylko słyszę „biorę wodę i lecę dalej”. No dobra, tak jak na samym początku się umawialiśmy, każdy z nas biegnie po swoje. U mnie cały czas cel był jeden: poprawić czas i miejsce. Na przełęczy od naszego fotografa dowiedziałem się tylko, że jestem trzeci z ekipy z Powiśla, a Emilka i Daniel prowadzą. 

Czas zacząć spinać poślady.

Pozostała druga część trasy, czyli jedno duże wzniesienie, a później już tylko z górki i będzie można nadrabiać wszystkie straty czasu. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że słowo “prędkość” będzie miało tak katastrofalne znaczenie na końcu. 

Jest punkt, gdzie rozwidlają się dwa dystanse. Ja odbijam w lewo i czas na szybką jazdę bez trzymanki w dół. Ostatnie 5 kilometrów w dół i tempo 3:40-3:45/km. Cisnę ile sił, ile mogę. Wiem, że złamanie 2h jest jeszcze w moim zasięgu i co by nie było, to i tak wrócę z nowym PB i będę w pierwszej 40stce. W głowie słyszę tylko wyłącznie własny oddech, odgłos kamieni odskakujących spod moich butów i oddech jakiegoś chłopaka, który jak ja walczy z prędkością. W pewnym momencie dźwięk zaczął być jednakowy, wbiliśmy się w to samo tempo. Niesamowite uczucie. 

Jest 1,5 km do mety jak napotykam na trasie naszego Blogera, zjadam żel i jedyne co jestem w stanie powiedzieć to “wyrzucić papierek”. Wiem, że ten żel i tak mi nic nie dał, ale głowa dostała impuls i pojawiła się chęć do dalszej walki. 

Dobiegam do 500 m przed metą i widzę Daniela od nas ze sklepu i słyszę “Wariat końcówka! Ogień!” I nie wiem co się wtedy stało, bo jeszcze 200m biegłem ostatkiem sił, ale te 300 m to jak bym rakiety w butach odpalił. Jeden, drugi, trzeci zakręt i widzę swoją Martę, która krzyczy, że wbiegam i na jeden moment nogi odmawiają mi posłuszeństwa, składają się i z całym impetem ląduje na bruku i barierce ochronnej. 

Podnoszę się, patrzę na swoje kolana i widzę krew. Wtedy pomyślałem, że tylko się pościerałem.

Lecę dalej, wbiegam na metę dostaję medal. Znowu patrzę na lewe kolano, a tam dziura wielkości 6-7 centymetrów. O kurw…

Ludzie zaczęli wzywać pomoc, pogotowie, usiadłem przy sanitariuszach i oniemiałem z widoku jaki zobaczyłem. 

Polanica Zdrój i SOR 

Sanitariusze zdecydowali, że muszę jechać na szycie. Trzeba jechać na dobry SOR, gdzie naprawią kolano, z szyją skórę. Padła decyzja, że jedziemy do Polanicy Zdrój. Tam mają fachową opiekę i znają się na swojej robocie. Wsiadamy do auta i jedziemy. 

Po 30 kilometrach jazdy docieramy na miejsce. Tam zaczynają się schody, bo obsługa może i zna się na robocie, ale tempo obsługi (6 osób w kolejce przede mną) przypomina jakąś tragikomedię. Po czterech godzinach spędzonych przed gabinetem wreszcie zostaję przyjęty. A tam pada diagnoza poszarpana maziówka (kaletka) i założenie 3 szwów. Reszta do płukania i 5 szwów. A na koniec prześwietlenie, na które czekałem dwie godziny. Łączny czas spędzony w szpitalu wyniósł 7,5h. MASAKRA. 

Po wszystkich zabiegach, czyli wyjęciu noska lipy, mchu, żwirku i badaniu RTG pada decyzja o unieruchomieniu nogi na 2-3 tygodnie. Kości na szczęście są całe.

Powrót i odpoczynek

Najważniejsze, że kości są całe i można było zginać kolano przed założeniem szwów. Teraz czas na powrót do Warszawy i rehabilitację nogi oraz zdjęcie szwów i powrót do normalności czyli treningów i reszty życia  

Trzeba wziąć to na klatę

Taki jest sport – bezkompromisowy. Jeżeli robimy coś na 100% i dajemy z siebie wszystko musimy się liczyć z tym, że coś może jednak pójść nie tak. Kontuzje są wliczone w nasze życie i nieważne czy uprawiamy sport amatorsko czy zawodowo. Tak po prostu się dzieje. 

Oczywiście mógłbym gdybać, że trzeba było zwolnić, że jednak czas i miejsce nie były tego warte…ale jednak podjąłem to ryzyko, podjąłem się spełnienia swoich marzeń i bycia lepszą wersją siebie z przed roku. I jestem z tego dumny. 

A to, że teraz muszę odpocząć i się poskładać… no cóż… życie 🙂

Podziękowania dla partnerów bez których tren wyjazd by się nie odbył 🙂 

Sklep Biegacza https://sklepbiegacza.pl

Power Gym Polska https://powergym.pl

VW Cichy- Zasada Warszawa https://cichy-zasada-warszawa.dealer.volkswagen.pl/osobowe

DFBG Organizator http://dfbg.pl

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *