IMG_6310

Chicago Maraton 2024 – maraton, który ma w sobie magię, inną magię niż maratony z Wielkiej Szóstki.

Kiedy osiem lat temu zaczynałem swoją przygodę z World Maraton Majors, Maraton w Chicago był moim pierwszym maratonem za wielką wodą. Był to maraton, który pokazał ogrom energii zarówno na trasie jak i w samej idei maratonu. Po ośmiu latach mogę stwierdzić, że nie stracił nic na swojej atrakcyjności, wprost przeciwnie zyskał jeszcze więcej i ma swoją MAGIĘ.

4 dni przed startem.

Jest środa po południu, a ja cały spakowany i gotowy do drogi ruszam na Lotnisko Chopina skąd wyruszam bezpośrednim samolotem do Chicago.

Lot trwał prawie 10 godzin i upłynął w fantastycznej atmosferze, gdzie obsługa naprawdę potrafi się spisać na medal.

Po przylocie do Chicago zegarek pokazuje czas 19:30 czasu lokalnego więc teraz czas na odprawę paszportową, wizę i można się udać do hotelu.

I wszystko byłoby okej, gdyby nie okazało się, że w metrze przy lotnisku były jakieś strzały i meto jest zamknięte i przez 1h czekaliśmy na jakikolwiek transport do centrum. No cóż takie są uroki Ameryki.

Wreszcie dostajemy się do hotelu, gdzie wybija 23:30. Czas spać i od rana można podbijać „Wietrzne miasto”.

 

Czwartkowy poranny trening i expo.

Co może robić człowiek rano po śniadaniu na drugim końcu świata? Dzień zaczyna od treningu to oczywista oczywistość więc czas na zwiedzanie miasta a przynajmniej jego części.

Robiąc trening widać, że miasto coraz bardziej się zagęszcza przyszłymi maratończykami. Każdy robi rozruch w swoim stylu, każdy łapie energię miasta a jest ona ogromna.

Po treningu i szybkim prysznicu czas na Expo i odbiór BIBA.

Na expo ruszamy z przysłowiowego buta, bo hotel mieliśmy 2 kilometry od expo i niecałe 4 kilometry od startu więc trafiła nam się idealna lokalizacja. Samo expo jest ogromne i bardzo dobrze zorganizowane.

Najpierw kontrola dokumentu tożsamości i elektronicznego BIBA, później w sektorze odbiór samego numeru startowego a potem wolontariusze kierują cię po odbiór koszulki oraz worka na depozyt. Naturalnie odbiór jest usytuowany na samym końcu expo tak żebyś mógł wpaść w szał zakupów i nie ominą niczego.

Główne stoisko oczywiście ma Nike który jest partnerem technicznym biegu. Później jest Abbot World Marathon Majors i mniejsi bądź więksi dostawcy sprzętu.

Całość zajmuje około 1h, no chyba że człowiek chce poszaleć na zakupach to i 3h będzie za mało….

 

Piątkowy poranek, lekkie bieganie oraz SZOPING.

Podobno dzień bez treningu jest dniem straconym. Tym razem trening robię sam pozostając ze swoimi przemyśleniami co do samego biegu i tego co wypracowałem na treningach. Potrzebuję się odciąć od wszystkich i wszystkiego co uważam za bardzo dobre podejście. Polecam to każdemu.

Trening treningiem, ale zakupy to podstawa więc w piątkowe popołudnie ruszam na zakupy, żeby uzupełnić trochę szafę w rzeczy, których w PL nie ma.

Dzień przed startem

Taki dzień jest bardzo specyficzny, bo układasz sobie plan w głowie – co i jak zrobić, jaką strategię przyjąć. Układasz i sprawdzasz po 5-6 razy set startowy czy wszystko masz i czy napawano jesteś przygotowany na każdą ewentualność. Nie mówię, że coś ma iść nie tak, ale pierwsza zasada – jesteś w obcym kraju, na drugim końcu świata, musisz zadbać o ubezpieczenie, telefon mieć przy sobie, i wszystkie inne rzeczy których możesz potrzebować.

Dobrze jest zrobić sobie taką listę najpotrzebniejszych rzeczy trochę wcześniej.

Wielki dzień

Jest godzina 4:30 w niedzielny poranek za oknem ciemno i głucho. Widać, że miasto jeszcze śpi, ale czuje się zbliżającą się ogromną energię maratonu.

Szybkie śniadanie, pakowanie i można o 5:30 ruszyć na maraton. Moja strefa startowa startuje punktualnie o 7:30 a bramki są zamykane o 7:20.

Ogólnie plan działania jest taki, że trzeba się dostać do miasteczka dużo wcześniej, jak człowiek chce zostawić depozyt, skorzystać z kibelka oraz na spokojnie zrobić rozruch to 1,5 h jest czasem optymalnym.

Pamiętajmy, że do miasteczka wchodzą tylko biegacze na podstawie numeru startowego, znajomi, support niestety tam nie dadzą rady wejść, więc albo oddajemy wszystko przed wejściem albo pozostaje nam depozyt.

Działa to w sumie bardzo sprawnie i logicznie i naprawdę nie ma problemu z poruszaniem się.

Ja byłem już o 6:00 rano w miasteczku i był to naprawdę optymalny czas na ogarnięcie siebie, depozytu i całej reszty.

O 7:20 bramki zostają zamknięte i zaczyna się wielkie odliczanie do startu.

O 7:30 wybija starał startera więc czas ruszyć w drogę.

Na początku spokojnie i delikatnie do przodu z kontrolą dystansu co milę, bo oznaczenia kilometrów są mało dokładne a poza tym na początku mocno potrafi wariować GPS choć ja takiej sytuacji nie miałem ze swoim zegarkiem Suunto. Patrząc później na wykresy z Garmina top pomiędzy budynkami mocno potrafił sią rozjechać a Suunto pokazywało to naprawdę bardzo dobrze więc plus dla Finów.

 Kontrola tempa do pierwszego pomiaru na 5-tym kilometrze. Jest lekki zapas do tempa docelowego. Samopoczucie pod pełną kontrolą i z mocno zaciągniętym hamulcem w nogach. Później dziesiąty, piętnasty i dwudziesty kilometr wszystko idzie zgodnie z planem. Marcin nagrywa i dopinguje na punktach, na których się umówiliśmy. Wybija 21 km i czas poniżej 1:29, czyli wszystko jak po sznurku. Każdy punkt z wodą, żele, schłodzenie na trasie. Wszystko dopięte na ostatni guzik.

Problemy zaczęły się niestety po 35 kilometrze, czyli skurcze a to jest to czego człowiek nie jest w stanie przewidzieć. Wystarczy odrobina za mało wody brak elektrolitów, mimo iż szot magnezowo potasowy był wzięty na trasie.

Od 35 do 40 kilometra to był bieg połączony z marszem i przeliczanie w głowie czasu tak żeby zmieścić się poniżej 3h, bo do 35 km miałem zapas i biegłem na 2:58.

Dobiegając do 40 km i widząc na zegarze czas 2:51:40 stwierdziłem, że albo się zbiorę w sobie i co ma być to będzie i wrócę do Polski z nowym PB, albo mnie tam poskładają skurcze.

 Wybrałem pierwszą opcję i się opłaciło. Przed metą jakieś 250 metrów był lekki podbieg na wiadukt i czułem już bardzo skurcze, ale dalej cisnąłem, ile się dało. Jest! zrobiłem to i wracam do Polski z czasem 3:00:49 z życiówką poprawioną z Londynu.

Kibice i ich energia.

Ta energia niesie każdego biegacza od samego początku do samego końca. Ludzie i miasto żyją maratonem. Nikt nie narzeka, że prawie całe miasto jest zamknięte, że jest brak komunikacji naziemnej, że trzeba coś sprzed domu przestawić lub usunąć auto na parę godzin. Ba oni nawet sami z siebie organizują strefy zarówno nawadniania jak i jedzenia nie mówiąc o chusteczkach jednorazowych jak by komuś były potrzebne. Kibice to nie tylko ludzie w wieku od 20-50 lat tam każdy zarówno 2-3 letnie dzieci kibicują jak i ludzie w dużo starszym wieku 70-80 lat machają i przybijają piątki.

Kibicowanie nie kończy się tylko na biegu ono trwa w najlepsze do końca dnia. Bo chodząc z medalem po ulicach miasta wszyscy ci gratulują i zagadują: „zrobiłeś dobrą robotę”, „gratulacje”, „jest najlepszy”, to nie jest czcze gadanie oni żyją swoim i twoim wysiłkiem i chcą cię wspierać.

 Pisząc ten tekst siedzę w samolocie w drodze do domu i wszystkie fantastyczne wspomnienia ożywają jeszcze raz…. To trzeba przeżyć samemu, bo żadne słowa, zdjęcia nie oddadzą tego co człowiek przeżywa na królewskim dystansie na tak wielkim biegu jakim jest Chicago Maraton a w tym roku wzięło w nim udział 50 tyś osób co jest rekordem tego maratonu.

Wiem jedno, że wrócę tam jeszcze raz i rozprawię się z nim…. na moich zasadach.

Wielkie podziękowania dla mojego trenera Pana Janusza Wąsowskiego, bez którego nie byłbym w takiej formie jakiej jestem obecnie. Trenerze obaj wiemy ze stać mnie na więcej i obaj nie powiedzieliśmy ostatniego słowa.

Dziękuję moim kochanym Marcie i Zuzi, że znoszą moje wyprawy, treningi i zwariowane pomysły, a jest ich sporo w głowie….

Ogromne podziękowania dla Sklep Biegacza mojego partnera technicznego oraz Dr. Łokieć, który przez ostatnie miesiące zajmował się moimi nogami. Dla Marcina, który dzielnie znosi nasze wyprawy po świecie i robi za fantastyczny Support.

Dziękuję z całego serducha moim fantastycznym zawodnikom z BWRUNNERS – wasze pchanie mojej kropki do celu było nie do opisania….

I jeszcze jednemu gościowi, ale on już wie……….

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola oznaczone są *